Marzanna utopiona?
Zewsząd dobiegają do mnie sygnały, że idzie wiosna i że nie ma już odwrotu, bo marzanna została utopiona.
Śmiem jednak powątpiewać, czy ten pradawny zwyczaj topienia marzanny ma aż taką moc, tym bardziej że z roku na rok marzanny już nie takie jak je kiedyś robiono. Topienie jest zastępowane przez spalenie. To już nie ta sama ceremonia, jaką w podstawówce ja i moi rówieśnicy praktykowaliśmy.
Marzanna moich czasów
Jak byłem w podstawówce, nasze marzanny był robione na prace zaliczeniowe z „techniki”, czasami robiło się je samemu, czasami pomagali rodzice. Mnie pomagał tato, moja marzanna miała 2-2,5 metra wysokości, zawierała w sobie słomę lub siano, mocno przytwierdzone do bazy w postaci krzyża zbudowanego z 2 słusznej wielkości i grubości kawałków drewna. Miała buzię zrobioną ze starej pończochy, chustkę na głowie, wymalowane usta i włosy z końskiego ogona. Kiedy już w gospodarstwie nie mieliśmy koni, to moja marzanna była bladyną, a włosy były robione z krowich ogonów.
Marzanna nie mogła się obejść bez ubrania i tu były wykorzystywane wszelkiego rodzaju stare kreacje babci czy mamy.
Przygotowywanie tej kukły to zawsze było w domu jakieś wydarzenie, pomagała mama, tata czasem brat. Efektem była pokaźna wielka baba, którą trzeba było dostarczyć do szkoły, by potem przejść całą wioskę (z 5 km) na łąki do rzeki Ner i podpalić marzannę i wrzucić do wody.
Moja marzanna zawsze fajnie się paliła, bo jej "trzewia" były nasączone ropą, ewentualnie denaturatem, więc nim zatonęła to szybko i efektownie się paliła.
Kiedy w szkole topiliśmy marzanny, zawsze było już ciepło, więc nasze topnienie miało charakter czysto symboliczny, było niejako przypieczętowaniem nowego porządku w naturze. W tym roku topienie marzanny w wielu miejscach zapewne odbywało się w towarzystwie śniegu. Ważne, że się udało i dziś padał typowo wiosenny deszczyk.
Tak się zastanawiam, czy ów zwyczaj jest jeszcze gdzieś kultywowany? Z mojego dzieciństwa pamiętam, że to było coś fajnego, cały dzień wolnego od szkoły, dodatkowo 5 km marszu całą szkołą na łąki i topienie kukieł. Z czasem uznano, że topienie jest niewłaściwe, bo wrzucamy do rzeki kukły i to szkodzi środowisku ( w owym czasie rzeka Ner była płynącym ściekiem 10% wody reszta to smar i odpady fabryczne), zmieniono charakter i palono marzanny na stosie. W ósmej klasie już nie pamiętam byśmy szli z kukłami do rzeki, zapewne spaliliśmy je w pobliskiej żwirowni nieopodal szkoły.
Hmm, ja to jednak wrzuciłbym do wody taką podpaloną kukłę, może kiedyś będzie okazja...
Przeczytałeś tekst? Fajnie! Dzięki za czas który poświęciłeś. Podobało się? Kliknij więc Lubię to!
±

Komentarze do wpisu "Marzanna utopiona?":
1.
22 marca 2010, 01:16:39
Rzeczywiście, marzanna to pierwszy stopień do skażenia wód gruntowych. Nawet palona. Chemicy po takiej nowinie nerwowo przeglądają książki, czy o czymś nie zapomnieli…
Jak się zrobi plastikową lalę, to pewnie, że szkodliwe. A te kilka gałązek? Słoma? Jakaś skąpej masy pończocha? To podlane denaturatem, który niemal (?) cały się wypali? No przestańcie, śmiem stwierdzić, że wrzucenie niedopałka papierosa do rzeki skazi ją bardziej.
2.
22 marca 2010, 01:19:01
też się dziwiłem, czemu zaniechali tych praktyk, no ale może faktycznie stało w sprzeczności z nauczaniem o ochronie środowiska i wrzucaniu kukieł do wody, zwłaszcza że każda klasa po kilka kukieł miała. Akce spalania w żwirowni już nie były takie efektowne. Cóż to se nie vrati :)
Dodaj komentarz: