Jak wzywałem karetkę pogotowia w Łodzi i nie zadziałało.
Jedziesz rowerem w środku jednego z największych miast w Polsce, nagle dzieje się ci się coś niedobrego, masz przeraźliwy ból głowy, płytki i nierówny oddech, łapie Cię "delirium", cały dygoczesz. Nie licz na pogotowie, bo nie przyjedzie. Jeżeli nie upadłeś, nie leżysz zakrwawiony, nie licz na pomoc. Prędzej otrzyma ją "lump zapity w trupa w parku" niż Ty, który płacisz podatki*.

Jak działa pogotowie w Łodzi na przykładzie przyszpitalnego punktu pogotowia w szpitalu im Barlickiego
Odprowadzając co miesiąc daninę, w postaci różnicy między wynagrodzeniem brutto i netto spodziewam się, że w chwili zagrożenia instytucje, które służą ratowaniu życia obywateli i są dotowane z moich podatków ** staną na wysokości zadania i zareagują szybko. Niestety tak się nie dzieje.
Można mi zarzucić, że jako obywatel pokładam zbyt wielka ufność w mechanizmy państwa i w działanie odpowiednich służb, ale czy nie mam prawa tego wymagać, czyż nie płacę podatków, czyż nie kupuję towarów obłożonych podatkami.
Gdy widzę, że ktoś bliski cierpi, a odpowiednie służby medyczne nie są w stanie zareagować to bierze człowieka taka żałość i wkurw jednocześnie, że ciężko się pogodzić, że taka sytuacja jest finansowana z mojej kieszeni.
Ciekawi Cię jak działa łódzkie pogotowie, przeczytaj cały wpis. Może to przypadek jednostkowy ale rzuca jakieś światło na działanie służb medycznych.
Napisane 27 sierpnia, 2011 przez szymczak


